Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opis górskich szlaków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opis górskich szlaków. Pokaż wszystkie posty

Droga Przyjaźni Polsko-Czeskiej cz.2



Po przespanej nocy szybko się ogarniamy. Jemy wysokokaloryczne jedzonko, co by nam sił nie zabrakło i ruszamy dalej w trasę. Na początek trasa lekko ponura, bo przez zniszczony las, który swym mrocznym wyglądem przypomina świat po apokalipsie. 





Po wczorajszym dniu zdążyliśmy się już rozchodzić i raźnym krokiem idziemy dalej. 





Dochodzimy do stery wielkich kamieni, przy których robimy sobie przerwę na drugie śniadanie. Przerwa nie jest długa, ponieważ musimy pilnować czasu, aby dojść dość szybko do Szklarskiej Poręby. Po chwili odpoczynku ruszamy dalej. 





Doga jest dość prosta, bez zbytnich zniesień. Tak powoli posuwając się do przodu dochodzimy do położonej nad Śnieżnymi Kotłami Stacji Przekaźnikowej TV. Dawniej w tym niezbyt pięknym budynku mieściło się schronisko turystyczne, niestety obecnie nie można do niego wejść. Kilka zdjęć i ruszamy dalej. 







Teraz szlak prowadzi prawie całkiem płaską ścieżką przez skalne Trzy Świnki i Mokrą Przełęcz. Idzie się nam naprawdę przyjemnie. Pogoda jest dobra, choć mogło, by być cieplej. Ale najważniejsze, że nie pada. Tak sobie idąc dochodzimy do Szrenicy. Oczywiście wchodzimy na nią. Nie jest wysoko, a w schronisku się ogrzewamy i jemy coś ciepłego. Widok z niej jest wspaniały. Odpoczynek bardzo nam się przydał. Ruszamy dalej. 











Teraz droga biegnie w dół więc mamy dość szybkie tempo. Tak dochodzimy do Wodospadu Kamieńczyka. Huk wody pieści nasze uszy. Jednak zbyt długo nie możemy przystawać, bo czas nas goni. Teraz droga jest bardzo szeroka i kamienista. I niestety krótka. Okazuje się, że po jakiś 200 m jest parking, na którym czeka na nas samochód. Czas wracać do domu. Wypad bardzo udany. Aktywność ponad wszystko.







Drogą Przyjaźni Polsko-Czeskiej, czyli wzdłuż Karkonoszy cz.1


Rozpoczynamy naszą kolejną wycieczkę górską. Tym razem czekają na nas Karkonosze, czyli najwyższe pasmo Sudetów wraz ze Śnieżką (1602 m n.p.m.) i nie mam tu na myśli tej, co spała z siedmioma krasnalami, lecz szczyt na granicy polsko-czeskiej. Atrakcje oczywiście się na tym nie kończą, gdyż w planach mamy przejście całego pasma, a że my bardzo lubimy urozmaicenia dlatego na trasę wyruszymy z Czech.



Do plecaka ładujemy tylko to, co niezbędne do przeżycia trzech dni w górach. Pamiętać musimy o tym, że od tej decyzji zależy jaki ciężar będziemy dźwigać przez całą wyprawę. Gotowi i zwarci wsiadamy (w naszym przypadku) do auta, które wiezie nas cały dzień przez Polskę, by w końcu dojechać do punktu startowego naszej wędrówki, czyli do dużej górskiej wsi w Czechach o nazwie Malà Upa. Teren ten jest znany jako Przełęcz Okraj.



Schronisko na Przełęczy Okraj - tu jemy, pijemy i śpimy


Czeskie piwo

Zmęczeni całodniową podróżą meldujemy się w schronisku, gdzie jemy smaczną i obfitą obiadokolację. Nie zapominamy również o zamówieniu czegoś do picia, a wiadomo z jakich trunków słyną Czesi. Najedzeni i napojeni idziemy wcześnie spać, by rano pełni sił wyruszyć w trasę.


Dzień zapowiada się piękny. Pogoda dopisuje. Jemy śniadanie przygotowane z tego, co zabraliśmy z Polski, czyli konserwy, pasztety itp. Z napełnionymi brzuchami pełni optymizmu opuszczamy schronisku i idziemy na czerwony szlak zwany Drogą Przyjaźni.





Mala Upa
 

Początek szlaku jest bardzo łatwy i przyjemny, choć plecak ciąży a nogi jeszcze się nie „rozchodziły”. Idziemy sobie powoli asfaltem mijając kolejne zabudowania wioski, które z upływem kolejnych metrów pojawiają się coraz rzadziej, i rzadziej, aż w końcu całkowicie zanikają, a ich miejsce zastępują coraz częściej pojawiające się drzewa, które w końcu zaczynają tworzyć las. 

Mala Upa



Droga asfaltowa powoli przeobraża się w drogę leśną. Plecaki dają się nam coraz bardziej we znaki. Chwila przerwy przy strumieniu i kilka łyków wody przywracają nam siły. 


Leśny strumyk






Idziemy dalej. Po ok. 3 km dochodzimy do Sowiej Przełęczy, z której widać już schronisko Jelenka, przed którym robimy postój na drugie śniadanie.




Schronisko Jelenka











Polanka przed Jelen






Przy odpoczynku czas biegnie bardzo szybko. Mając w planach dojście na nocleg do schroniska „Odrodzenie” nie możemy pozwolić sobie na za długie przerwy, dlatego też nie marnując naszego cennego czasu ruszamy dalej. 
Teraz szlak przekształca się w wąską ścieżkę, która wije się wśród kosodrzewiny. Idziemy przez Czarną Kopę, która prowadzi nas na Czarny Grzbiet, skąd widać już Śnieżkę. Z każdy krokiem robi ona na nas coraz większe wrażenie. Również otaczający nas krajobraz staje się coraz bardziej górzysty. Coraz mniej roślinności, coraz więcej skał. Teraz szlak jest już całkiem kamienisty. 


Coraz wyżej, coraz wyżej
Kamyki... kamyki


Śnieżka coraz bliżej

I bliżej...

I bliżej...





















Szybko zbliżamy się do podnóża Śnieżki, gdzie czekają nas kamieniste stopnie, które prowadzą na sam szczyt. Jesteśmy coraz wyżej i wyżej. Zmęczenie daje o sobie znać. Nie poddajemy się i idziemy naprzód. Spoceni zdobywamy szczyt.


Już prawie szczyt


Widok ze szczytu sprawia, że szybko zapominamy o trudzie wędrówki i rozkoszujemy się otaczającym nas pięknem. Herbata ze schroniska dodaje energii. Siadamy na kamieniu i odpoczywamy. Najtrudniejszy etap dnia dzisiejszego mamy za sobą.


Widok ze szczytu

Łańcuchy... łańcuchy
I znów nasz wróg, czas, wygrywa. Trzeba się zbierać i ruszać dalej. Teraz to już „z górki”, dosłownie i w przenośni. Wybieramy trudniejszy szlak i schodzimy dość stromą ścieżką ułożoną z kamieni, której towarzyszą łańcuchy. Tłok jest teraz większy niż po stronie czeskiej. U podnóża czeka nas kolejne schronisko „Dom Śląski”, gdzie krzyżuje się wiele szlaków. My jednak wierni naszym planom idziemy dalej Drogą Przyjaźni, która prowadzi Równiną pod Śnieżką.



Mały Staw







Teraz idziemy wąską ścieżką, która wiedzie skrajem kotłów Wielkiego i Małego Stawu. Widoki są niesamowite. Nad Małym Stawem widać schronisko o pięknej nazwie „Samotnia” oraz powyżej drugie zwane „Strzechą Akademicką”. Niesposób wyrazić wrażenia, jakie w nas wywołuje ta panorama. Do tego ciągle obserwujemy oddalającą się coraz bardziej Śnieżkę.

Gdzie to "Odrodzenie











Zmęczeni całodniową wędrówką nie możemy doczekać się kiedy naszym oczom ukaże się schronisko, w którym mamy nocować. Szlak nie jest ciężki, ale ile można dźwigać taki plecak? No, ale nie poddajemy się, zwłaszcza, że teraz ścieżka zaczyna biec w dół. 



Po jakimś kilometrze dochodzimy w końcu do największego schroniska w Karkonoszach, czyli „Odrodzenia”.


O! Jest "Odrodzenie"


Szczęśliwi, że udaje się nam realizować nasz plan zamawiamy obiadokolację, pijemy grzańca, bierzemy ciepły prysznic i idziemy spać, bo jutro druga część naszej przygody. 



* Zdjęcia pochodzą z 9-10.05.2009 r. i muszę się przyznać, że to było moje pierwsze zetknięcie się z górami i od tej pory, życia sobie bez nich nie wyobrażam.

Szlak na Rysy cz.4 (Rysy - Palenica Białczańska)


Zejście z Rysów
Siedzimy sobie na szczycie posilając się kanapkami. Czekamy na przejaśnienia. Czas mija bardzo szybko. Jest już ok. 14. Po staniu w kolejce przy łańcuchach postanowiliśmy, że zejdziemy stroną słowacką. Nie znamy jednak rozkładu żadnych busów ani autobusów, tak więc musimy się spieszyć. 







Dużo dużych i luźnych kamieni


 

Zejście jest bardzo łatwe, choć pod stopami mamy bardzo wiele luźnych kamieni. Uważamy na każdym kroku. Nagle, ktoś krzyczy uwaga, widzimy jak z góry stacza się dość sporych rozmiarów kamień, który leci wprost na jedną z turystek. Widać, że kobietę sparaliżowało. Chwilę stała w bezruchu. W ostatniej chwili jednak odskoczyła. Sytuacja ta uświadamia nam potęgę gór, której nie można lekceważyć. Nawet na tak łatwym odcinku. Idziemy dalej.



Im jesteśmy niżej tym pogoda znów staje się coraz ładniejsza. Wiatr jest coraz lżejszy a chmury się rozstępują ukazując piękno Tatr. 









Widok na Chatę




Podziwiając widoki dochodzimy do „Chaty pod Rysami”, która znajduje się na wysokości 2250 m. Jest to najwyżej położone schronisko po obu stronach Tatr. Zimą często niszczą je schodzące tędy lawiny, dlatego też nie dziwimy się, że jest ono w remoncie. Nie istnieje tu żaden dojazd ani kolejka - wszelkie zasoby, łącznie z kilkudziesięciokilogramowymi pojemnikami gazu lub piwa są tu wnoszone na plecach przez ludzi zwanych nosičami. Krótki postój na zdobycie pieczątki do naszych książeczek PTTK i ruszamy dalej.



Chata pod Rysami

Hmm... o co chodzi?






Turystów po tej stronie jest znacznie mniej. Idzie się nam bardzo przyjemnie. Od czasu do czasu przystajemy, by napić się wody. Po drodze zastanawiamy się, czy zdążymy na jakiś środek transportu. Czas pędzi, droga się nie kończy a adrenalina sięga zenitu. Tak dochodzimy do pierwszych i zarazem ostatnich (jak się potem okazało) łańcuchów po stronie słowackiej. W porównaniu do tych po stronie polskiej te dla nas to pikuś. I nawet nie ma przy nich zatoru. Schodzimy bardzo sprawnie. Ten szlak jest zdecydowanie przyjemniejszy.






Widok na Żabie Stawy






Dochodzimy do Żabich Stawów (Wielki 1921 m, Mały 1919 m), w wodach których odbija się Szatan i Grań Baszt. Widok jest przepiękny. Dookoła panuje cisza, którą przerywa nagłe pojawienie się helikoptera GOPR-u. Wszyscy obserwują dokąd zmierza. Trzymając kciuku za udaną akcję idziemy dalej.



Popradzki Staw

Teraz ścieżka biegnie wśród kosodrzewiny. Wygodną, choć ukośną ścieżką obniżamy się na dno doliny dzikim, przepięknym lasem - otaczają nas wspaniałe, potężne drzewa, limby i świerki. Tak dochodzimy do Popradzkiego Stawu (Popradské pleso), który otoczony limbami i świerkami, leży na wysokości 1494 m. W jego zielonych wodach odbijają się ściany Osterwy. Znajduje się tu również schronisko do którego na chwilę wchodzimy, by oczywiście przybić pieczątkę. 

Schronisko nad Popradzkim Stawem

 

Zaraz potem ruszamy dalej. Idziemy lasem, który wydaje się nie mieć końca. Tempo mamy dość szybkie. W końcu dochodzimy do asfaltowej drogi a nią do parkingu w Popradské pleso. Tam szukamy jakiegoś busa. Pewien kierowca buso-taxi proponuje nam, że przewiezie nas do Łysej Polany za 250 zł. Jest to dla nas zdecydowanie za drogo. Dzwonimy do osoby, która często bywa na Słowacji i mówi nam, że mamy autobus ze Starego Smokowca (Starý Smokovec) o godz. 19:10, a dojechać tam możemy tylko elektriczką.

Jednen członek naszej grupy biegnie rozeznać o której odjeżdża kolejka. Czekamy i nagle widzimy go biegnącego z powrotem. Krzyczy, że odjazd jest za minutę. Szybko się zbieramy. Po drodze dołączają do nas inni Polacy, którzy też nie wiedzą jak wrócić. Teraz ciąży na nas odpowiedzialność za innych. Wszyscy razem biegniemy. Wpadamy na peron w momencie gdy pociąg rusza. I nagle cud. Maszynista zatrzymuje elektriczke. Wsiadamy i oddychamy z ulgą. W Polsce takie rzeczy się nie zdarzają.

 

Teraz pozostaje jedynie pytanie czy zdążymy w porę dojechać do Starego Smokowca. Wszyscy zaczynają się denerwować. Elektriczka, jak na pociąg, który jeździ po górskich terenach przystało, porusza się bardzo powoli. Udało się. Dojechaliśmy. Jest godzina 19:00. Teraz mamy tylko 10 minut, aby znaleźć dworzec autobusowy. Na szczęście miasteczko jest oznakowane i naszym oczom ukazuje się drogowskaz. Nie wiemy jednak jak daleko się on znajduje dlatego idziemy bardzo szybko. Po minucie jesteśmy na miejscu wśród innych Polaków, którzy również chcą wrócić do ojczyzny. Czekamy razem na autobus, który przybywa z lekkim opóźnieniem. Dla nas to nie ważne. Liczy się, że w ogóle przyjechał i do niego wsiedliśmy. Ogólnie cenowo wyszło nas o wiele taniej niż proponował kierowca taxi-busa, na osobę ok. 15 zł (wraz z ceną za przejazd elektriczką), a nie 50 zł. 

 


 

Panorama Tatr - strona słowacka (widok z autobusu)

 

 

Po drodze podziwiamy panoramę Tatr ze strony słowackiej. Do Łysej Polany dojeżdżamy grubo po 20. Jeszcze tylko 20 minut spaceru asfaltem i dochodzimy do parkingu w Palenicy Białczańskiej, gdzie pozostawiliśmy nasze samochody. Stoją jako jedne z nielicznych. Wsiadamy i wracamy na nocleg. Po drodze zatrzymujemy się na krótką chwilę na Głodówce, by popodziwiać panoramę Tatr – tym razem polskich. Na noclegu jesteśmy po 21. Szybka kolacja, prysznic i do łóżka, bo to długi i pełen wrażeń dzień był.




Panorama Tatr - strona Polska (Głodówka) 

Szlak na Rysy cz.3 (Czarny Staw nad Rysami – Rysy 2499 m n.p.m.)


Godzina 10 - czas ruszać dalej. Przed nami ostatni odcinek drogi na szczyt. Na niebie pojawiają się pierwsze chmury i zaczyna wiać lekki wiaterek. My jednak nie tracimy nadziei i twardo idziemy na przód.



Czarny Staw pod Rysami


Czarny Staw widok od strony wschodniej


Kierujemy się w lewo przechodząc wzdłuż północnej, a następnie wschodniej linii brzegowej Czarnego Stawu.  Tu szlak zaczyna piąć się ostro w górę prowadząc przez dłuższy czas zakosami po trawiasto-kamienistym zboczu. Z lewej strony widzimy zlodowaciały śnieg, w którym utworzyła się pieczara (nie wchodzimy do niej, ponieważ kiedyś zwaliła się kilku turystom na głowę). Mijają nas pierwsi turyści, którzy już schodzą z Rysów. 


Śnieżna pieczara







Teraz podchodzimy po woli pod strome skały Buli pod Rysami. Sceneria zmienia się na bardziej kamienistą. Pod górę prowadzą nas wygodne, kamienne stopnie wiodące przez rumowisko skalne, które przechodzi wyżej w strome trawniki. W dole coraz bardziej maleje Czarny Staw. Trudności na tym etapie są jeszcze niewielkie, choć podejście jest niewątpliwie męczące.





Czarny Staw




Bula pod Rysami
Przechodząc przez piarżysko docieramy ponad Bulę pod Rysami (2054 m n.p.m.). Jest to sporych rozmiarów trawiasto-kamienisty, prawie płaski teren. Idealne miejsce na odpoczynek. Regenerujemy szybko siły czekoladowym batonikiem przed czekającą nas łańcuchową wspinaczką. Bula jest znakomitym miejscem widokowym. Nam jednak nie jest dane oglądać ich, gdyż pogoda uległa zmianie i zrobiło się mgliście. Od opuszczenia krzyża u progu Czarnego Stawu minęło około półtorej godziny. Po krótkim postoju idziemy dalej. Szczyt jest coraz bliżej.



Kamienisty szlak na Rysy


Powyżej Buli ścieżka, którą zmierzamy staje się coraz bardziej stroma. Wygodne stopnie prowadzą pod górę przez Kocioł pod Rysami. W przeciągu 10-15 minut docieramy do pierwszych łańcuchów, które od tej pory towarzyszyć nam będą aż na sam szczyt. W trosce o bezpieczeństwo chowamy aparaty. I rozpoczynamy prawdziwą górska przygodę. 



Po prawej stronie otaczają nas strome i ciemne mury skalne biegnące od wierzchołka Rysów przez charakterystyczną turnię Żabiego Konia (2291 m n.p.m.) po Wołowy Grzbiet. Północno-zachodnie zbocze Rysów rozcięte jest charakterystycznym żlebem - tzw. „rysą”, która opada z niewielkiej przełączki pod szczytem w stronę Kotła pod Rysami. Powyżej kotła szlak prowadzi nas grzędą (wypukłością skalną) leżącą po lewej stronie „rysy”, wiodąc dość monotonnie wzdłuż stromego, skalnego zbocza aż do wspomnianej przełączki. Całe przejście jest doskonale ubezpieczone łańcuchami i wbrew pozorom wspinaczka nie jest aż tak trudna, jak wydawało się nam na początku. Oczywiście cały czas zachowujemy należytą ostrożność, gdyż poślizgnięcie lub potknięcie może wiązać się z upadkiem w dół stromego zbocza. Ze szczytu wraca już coraz więcej osób co powoduje częste przestoje w oczekiwaniu na zwolnienie łańcucha.



Rysy 2499 m n.p.m.
Podejście grzędą kończy się na grani w pobliżu przełączki, z której na polską stronę opada „rysa”. Okolice przełączki są najbardziej eksponowanym miejscem na całej trasie, dlatego należy zachować tu szczególną ostrożność. Z powodu „zatoru” czekamy tutaj około 30 minut. Denerwujemy się coraz bardziej, bo kolejka prawie wcale się nie posuwa na przód. Od szczytu dzieli nas ok. 10 minut. W końcu nadchodzi nasza kolej. Poruszamy się bardzo powoli i ostrożnie. Przepaść jest ogromna. Niektórym z nas z pomocą asekuracyjną przychodzą inni turyści, którzy podają rękę i dodają wsparcia. Po tych emocjach jesteśmy na szczycie. Rysy – zdobyte. Zegar wskazuje 13 a my jesteśmy 2499 metrów nad ziemią.



Zatłoczone Rysy


Teraz pozostaje nam tylko znaleźć wolne miejsce do siedzenia. Jest to dość trudne, gdyż wierzchołek jest bardzo oblegany.





Przez mgłę podziwiamy drugi z wierzchołków Rysów (dla niewtajemniczonych: Rysy są szczytem trójwierzchołkowym), środkowy (najwyższy 2503 m n.p.m.), który jest jeszcze bardziej zatłoczony niż ten, na którym my jesteśmy.


Widok na wierzchołek środkowy (we mgle)
Widok na wierzchołek środkowy



















Widok na stronę polską jak i na słowacką jest uniemożliwiony, przez gęste chmury i mgłę.


Wysoka

Po dłuższej chwili wysiłek jaki włożyliśmy w zdobycie najwyższego z polskich szczytów nie idzie jednak  na marne i pojawia się przejaśnienie po stronie słowackiej. W końcu możemy choć troszkę popodziwiać widoki.

Widok na stronę słowacką









Naszym oczom ukazuje się widoczny już w pełni drugi z wierzchołków Rysów oraz droga, którą będziemy wracać. Na chwilę widać również lekki kontur Wysokiej.




Odpoczynek na szczycie






Podziwiamy tych co wchodzą i schodzą zajadając się kanapkami. 





Widok na drogę powrotną





Widok na stronę słowacką